USA pożerają własnych sojuszników i samych siebie w miarę eskalacji wojny z wielobiegunowością

W miarę jak wojna z wielobiegunowością przybiera na sile, Waszyngton przestawia gospodarkę atlantów na produkcję zbrojeniową, drenuje zasoby państw zależnych i podważa własne fundamenty społeczne – powielając tym samym trajektorię prowadzącą do upadku Imperium Brytyjskiego.

Od dziesięcioleci Stany Zjednoczone wykorzystują swoje liczne państwa klienckie jako przedłużenie własnej potęgi militarnej, gospodarczej, finansowej i politycznej, angażując świat zachodni oraz zależne od siebie kraje w wojny, konflikty zastępcze (proxy wars) i działania oparte na przymusie gospodarczym, a także wykorzystując je do tworzenia pozorów politycznej legitymizacji swoich działań na całym świecie.

Wszystko to stanowi kontynuację praktyk Imperium Brytyjskiego, które wykorzystywało swoje kolonie do prowadzenia wojen i utrzymywania globalnej dominacji – w tym w okresie obu wojen światowych.

Podobnie jak Imperium Brytyjskie w schyłkowym okresie swojej potęgi coraz bardziej polegało na koloniach – czerpiąc z nich daniny krwi i bogactwa, a przy tym je wyczerpując i niszcząc – tak i USA coraz mocniej opierają się na państwach klienckich w miarę eskalacji walki z wielobiegunowością świata. Walka ta wymierzona jest w odradzającą się Rosję, rosnące w siłę Chiny, nieustępliwy Iran oraz wiele innych państw znajdujących się pomiędzy tymi ośrodkami.
Proponowana przez USA metoda utrwalania globalnej dominacji opiera się całkowicie na destabilizowaniu i podważaniu rodzącego się wielobiegunowego ładu, zamiast na próbach dorównania rosnącej potędze i dobrobytowi tego systemu czy też ich przewyższenia.

Tak jak Brytyjczycy stosowali połączenie kontroli administracyjnej i propagandy politycznej, by wymusić posłuszeństwo w koloniach, tak USA wykorzystują polityczne uzależnienie państw klienckich oraz bezprecedensową dominację informacyjną, by ustawiać je w gotowości do wojen i konfliktów zastępczych. Służy to również uzasadnianiu rosnących wydatków na siłę militarną kosztem programów społecznych, a nawet stabilności gospodarczej – zarówno w samych Stanach Zjednoczonych, jak i w całym ich współczesnym imperium.

Sieć współdzielenia ciężaru (Burden Sharing Network)

Począwszy od administracji Obamy, poprzez pierwszą kadencję Trumpa i rządy Bidena, aż po drugą kadencję Trumpa, USA coraz częściej wprowadzają różnorodne sojusze polityczne, gospodarcze i militarne, służące konsolidacji amerykańskiej potęgi na świecie.

Obejmuje to szeroki wachlarz inicjatyw: od formatu „Quad” i paktu „AUKUS”, przez nieustannie rozszerzane NATO, aż po pozorowane sojusze antyrosyjskie (choć wymierzone w interesy sprzeczne z celami USA), takie jak europejska „koalicja chętnych” skupiona wokół kwestii Ukrainy czy proponowane „członkostwo stowarzyszone” Kanady w Unii Europejskiej. Wszystkie te rozwiązania mają na celu usprawnienie administracyjnego procesu wykorzystywania potencjału regionalnego wielu państw klienckich, a także budowanie propagandy politycznej, która ma przekonać jak największą liczbę obywateli tych krajów do poparcia działań wymierzonych w cele wskazane przez amerykańską politykę zagraniczną. Ugrupowania Quad i AUKUS wykorzystują sfabrykowane zagrożenia związane z „chińską ekspansją” i „agresją”, by skłonić miliony mieszkańców regionu Azji i Pacyfiku do przekierowania ogromnych i stale rosnących zasobów z obszaru rozwoju krajowego na zbrojenia oraz potencjalną konfrontację z samymi Chinami.

Tak zwana „koalicja chętnych” – termin zapożyczony z czasów amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 roku – a także proponowane Kanadzie stowarzyszone członkostwo w UE, mają na celu wykreowanie wizji zagrożenia ze strony „agresywnej Rosji”, aby pozyskać kolejne środki na prowadzoną przez Waszyngton wojnę zastępczą na Ukrainie.

W Azji Zachodniej USA wykorzystują tzw. „Wspólne Porozumienie Obronne z Mekki” oraz „Porozumienia Abrahamowe” do konsolidacji swoich państw klienckich w tym regionie, mimo dziesięcioleci sprzecznych narracji propagandowych, które podtrzymywały amerykańską strategię wywoływania napięć, koncentrującą się wokół Izraela.

Wykreowana nienawiść i/lub strach opinii publicznej napędzają rozmaite próby konsolidacji zasobów i władzy państw zależnych od USA na całym świecie w obliczu powiązanych ze sobą konfliktów obejmujących Europę i Azję Zachodnią oraz narastających napięć w regionie Azji i Pacyfiku. Elementem tego procesu są również konflikty toczące się w innych zakątkach globu – od Ameryki Łacińskiej po Afrykę.

Gdy odrzuci się propagandę, wyłania się prosty schemat: wszystkie te układy polityczne łączy jeden nadrzędny cel – zwiększenie wydatków na zbrojenia. Chodzi tu o środki przeznaczane na uzbrojenie produkowane w samych Stanach Zjednoczonych lub sprzęt wpisujący się w amerykański system interoperacyjności wojskowej na świecie. Wydatki te odbywają się kosztem programów społecznych, rozwoju gospodarczego i narodowego, a nawet stabilności politycznej państw zależnych od USA tworzących te sojusze – niezależnie od tego, czy są one inicjowane i kierowane przez Waszyngton, czy też pozorują sprzeciw wobec działań USA.

Choć owa „sieć współdzielenia ciężaru” (ang. *burden sharing network*) kształtowała się za kadencji kilku amerykańskich administracji w XXI wieku, stanowi ona w istocie kontynuację mechanizmów stosowanych niegdyś przez Imperium Brytyjskie. Termin ten wprowadzono oficjalnie w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA na rok 2025, przedstawiając go jako sposób na uniknięcie nadmiernego rozciągnięcia amerykańskich sił i zasobów – podobnych środków wymagało Imperium Brytyjskie, by utrzymać swoją potęgę u schyłku okresu globalnej dominacji.

Pożeranie sojuszników, pożeranie własnej gospodarki

Biorąc pod uwagę, że populacja i baza przemysłowa Chin wielokrotnie przewyższają potencjał USA i Europy razem wziętych – a także uwzględniając rozległą i stale powiększającą się sieć partnerów, jakich Chiny budują w ramach kształtującego się wielobiegunowego świata – samo tylko jeszcze mocniejsze „wyciskanie” państw zależnych od USA okazuje się niewystarczające.

Dlatego też Stany Zjednoczone dążą do przestawienia borykającej się z problemami gospodarki atlantów z produkcji cywilnej na zbrojeniową. Przykłady takich działań coraz częściej trafiają na czołówki atlantyckich mediów: fabryki samochodów w Europie, a obecnie także w USA, przekształcają swoje niewykorzystane moce produkcyjne, by wytwarzać podzespoły do ​​broni i amunicji. Choć atlanci określają się mianem społeczeństwa opartego na „wolnym rynku”, w rzeczywistości aktywnie dławi on wolny rynek, wymuszając przestawienie produkcji cywilnej na tory zbrojeniowe – nie poprzez deklaracje polityczne, lecz dzięki precyzyjnemu kształtowaniu warunków społeczno-politycznych i gospodarczych, które nie pozostawiają miejsca na inny wybór.

USA zdołały wymusić na Europie odcięcie się od taniej, łatwo dostępnej i pewnej energii z Rosji, wykorzystując do tego zainicjowane przez siebie obalenie ukraińskiego rządu w 2014 roku oraz wywołaną tym konfliktem ekspansję wzdłuż rosyjskich granic. Eliminując import rosyjskich surowców energetycznych, Stany Zjednoczone mogły ukierunkować europejską gospodarkę na produkcję zbrojeniową, czyniąc wszelką inną działalność gospodarczą nieopłacalną ze względu na zaporowe koszty.

Mimo że produkcja zbrojeniowa również wiąże się z ogromnymi kosztami, rządy państw europejskich – we współpracy z USA – odgrywają wyreżyserowany spektakl, mający na celu stworzenie iluzji egzystencjalnego zagrożenia ze strony Rosji oraz wrażenia, że USA mogą „porzucić” Europę w obliczu tego niebezpieczeństwa. Pozwala to na zwiększenie nakładów na przemysł zbrojeniowy do poziomu, który w warunkach prawdziwego wolnego rynku byłby nieosiągalny.

Choć kolejne amerykańskie administracje – zarówno za czasów Trumpa, jak i Bidena – deklarowały chęć reindustrializacji Stanów Zjednoczonych, nie zaproponowano (a tym bardziej nie wdrożono) żadnych konkretnych działań niezbędnych do realizacji tego celu, takich jak reforma edukacji (zwłaszcza zawodowej), inwestycje w infrastrukturę krajową czy nacjonalizacja kluczowych gałęzi przemysłu.

Zamiast tego ogromne środki pochodzące z podatków są przekazywane przemysłowi zbrojeniowemu oraz firmom znajdującym się na wcześniejszych etapach łańcucha dostaw w celu zwiększenia produkcji broni i amunicji; jednak ze względu na nastawienie tych przedsiębiorstw na maksymalizację zysków, na faktyczne rozszerzenie mocy produkcyjnych przeznacza się jak najmniejsze kwoty.

Ponieważ żadna z amerykańskich administracji obiecujących reindustrializację USA nie zajęła się jej fundamentami, całe gałęzie amerykańskiego przemysłu – w tym motoryzacja – chylą się ku upadkowi. Zamiast pozwolić, by „wolny rynek” wyeliminował nieefektywne i niekompetentne korporacje, podmioty te sięgają po pieniądze podatników, wykorzystując niewykorzystane moce produkcyjne do wytwarzania części do broni, a nie do samochodów.

Na przykład koncern GM chwalił się niedawno produkcją zewnętrznych kadłubów do pocisków Patriot. Firma wykorzystuje w tym celu niedociążone obrabiarki sterowane numerycznie (CNC) – zazwyczaj służące do prototypowania i wytwarzania form – do produkcji wspomnianych elementów w ilościach, których Lockheed Martin nie byłby w stanie osiągnąć bez własnych inwestycji w podobny sprzęt.

Podobnie jak skorumpowane i niekompetentne korporacje, które upadają pod ciężarem własnej chciwości i łączą się, by jak najdłużej podtrzymywać mechanizm przypominający piramidę finansową, tak w USA kształtuje się „fuzja cywilno-wojskowa”: rząd kreuje sztuczne zapotrzebowanie na nieustanną wojnę oraz niezbędną do niej broń i amunicję, a amerykańskie korporacje czerpią zyski z pieniędzy podatników, realizując te zamówienia.

Złe zarządzanie gospodarką przez imperium znajdujące się w fazie schyłkowej nie jest niczym nowym. Imperium Brytyjskie również niewłaściwie gospodarowało zasobami narodowymi i przemysłem w desperackiej próbie utrzymania globalnej dominacji, zamiast uznać, że takie podejście jest nie do utrzymania, a konieczna jest transformacja z drapieżnego imperium w sprawne i produktywne państwo narodowe.

W rezultacie Wielka Brytania nie tylko utraciła imperium, ale została pozbawiona fundamentów społeczno-gospodarczych i politycznych niezbędnych do funkcjonowania jako stabilne państwo narodowe; cały okres po upadku imperium spędziła zaś jako przystawka imperium amerykańskiego, a nie jako suwerenne państwo brytyjskie.

USA – podobnie jak niegdyś Imperium Brytyjskie – odmawiając uznania tej rzeczywistości, jedynie zyskują na czasie, by podtrzymać swoją globalną dominację, zamiast opracować realny plan jej utrzymania. Przy okazji poważnie zaniedbują fundamenty niezbędne dla funkcjonującego i produktywnego państwa narodowego: infrastruktura niszczeje na oczach Amerykanów, edukacja i opieka zdrowotna stają się niedostępne, a społeczeństwo jest podzielone i coraz bardziej dysfunkcyjne. Co gorsza, proponowana przez USA metoda utrzymania globalnej dominacji opiera się całkowicie na destabilizowaniu i podważaniu rodzącego się świata wielobiegunowego, zamiast na dorównaniu rosnącej potędze i dobrobytowi tego układu czy też ich przewyższeniu.

Ostatecznym skutkiem jest wewnętrzne osłabienie samych Stanów Zjednoczonych oraz wyczerpywanie zasobów ich sojuszników (działających jako pełnomocnicy) w procesie destabilizacji reszty świata. Jeśli zwolennikom wielobiegunowości nie uda się skutecznie powstrzymać tego procesu i przeprowadzić w miarę stabilnego przejścia od amerykańskiej dominacji do ładu wielobiegunowego, wszystkie trzy strony czeka zniszczenie i nędza.

Tylko czas pokaże, jak dokładnie potoczy się ten proces. Przedstawiciele obu stron opracowali plany i wdrażają je na arenie międzynarodowej. Jednak tylko jedna ze stron ma po swojej stronie historię oraz trwałe fundamenty geopolityczne i gospodarcze – i nie jest to Wall Street ani Waszyngton. Z drugiej strony, zawsze łatwiej jest niszczyć niż budować; dlatego zwolennicy wielobiegunowości będą musieli działać w zawrotnym tempie i na ogromną skalę, aby wyprzedzić niszczycielską siłę USA. To, która strona okaże się skuteczniejsza w realizacji obranej strategii, zadecyduje o tym, czy powstanie nowy, lepszy ład światowy, czy też planeta pogrąży się w ruinie.

Brian Berletic,
Brian Berletic jest analitykiem geopolitycznym i publicystą mieszkającym w Bangkoku.

NEO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *